NA EKRANIE

Współczesny Kopciuszek to superwoman – recenzja „Madame”

Przyzwyczajono nas, widzów, do utartych schematów, a do tego opowiadającego historię Kopciuszka z baśni Perraulta – szczególnie. Wystarczy spojrzeć na liczbę produkcji, których fabuła opiera się na wspomnianym motywie, np. „Pretty Woman”, „Cała ona” czy „Książę i ja”. „Madame”, choć także przywodzi na myśl skojarzenie z Kopciuszkiem, tylko z pozoru jest jego kolejną wersją, gdyż w rzeczywistości schemat ten mocno wypacza, aż chce się powiedzieć – „odczarowuje”.

Nowe wcielenie

Fabuła filmu z początku okazuje się bardzo prosta. Pochodząca z wyższych sfer i wierząca w przesądy Anne (Toni Collette) widząc na stole trzynaście talerzy każe podać jeszcze jedno nakrycie i namawia swoją najlepszą służącą (w tej roli niesamowita Rossy de Palma), aby podczas przyjęcia udawała arystokratkę. Nienauczona zasad panujących wśród bogatych, pochodząca z Hiszpanii, a więc pełna gorącego temperamentu, Maria zwraca na siebie uwagę całego towarzystwa, zwłaszcza Davida Reville’a (Michael Smiley). Mężczyzna zauroczony nieznajomą nawiązuje z nią romans. Tyle tylko, że nie ma pojęcia, kim naprawdę jest jego wybranka.

„Madame” od podszewki pokazuje nam zwyczaje i problemy osób arystokratycznego światka. Mamy tutaj do czynienia z konfliktami w rodzinie, rozpadającym się małżeństwem, przepaścią pomiędzy warstwami społecznymi oraz dualistycznym podziałem na zepsutych snobów i usługujących im dobrych, ale niedocenianych przeciętniaków. Cały ten miks wątków może przyprawić widza o zawrót głowy, mimo to twórcom udaje się wszystko ze sobą umiejętnie połączyć.

To nie jest film tylko o Marii, to także film o Anne

Choć na pierwszy plan wysuwa się postać hiszpańskiej pokojówki, to tytułową bohaterką wydaje się być jednak Anne (w stosunku do niej Maria często używa zwrotu „madame”). Omawiany komediodramat rozpatrywany pod kątem tej właśnie kobiety jest naprawdę interesujący. Można zadać sobie pytania, czy Anne naprawdę jest taka zła wobec swojej służącej, czy chce zniszczyć jej związek z Davidem tylko z powodu zazdrości? A może czuje się zwyczajnie zagubiona i bardzo nieszczęśliwa?

Kadr z filmu przedstawiający Anne i Marię siedzące na ławce.

„Madame” to tak naprawdę historia dwóch kobiet dążących do tego samego celu. Obydwie pragną być zauważane, adorowane i kochane przez mężczyzn. Każda z nich próbuje to osiągnąć świadomie (Anne) lub niechętnie grając kogoś innego (Maria). Jednakże tylko jedna jest na tyle silna, by spróbować zostać po prostu sobą. To chyba najsmutniejsza puenta, którą da się wyciągnąć z tego filmu – współczesny świat wymusza na nas udawanie tego, kim nie jesteśmy.

Nie wierzcie trailerom!

Zapowiedzi filmu w reżyserii Amandy Sthers ukazały go jako zabawną francuską komedię podobną choćby do „Za jakie grzechy, dobry Boże?”. Ludzie uwielbiają humor kina znad Sekwany, dlatego chętnie pójdą na to, co z zamierzenia ma być lekkie i przyjemne. W rzeczywistości po seansie „Madame” odczuwa się przygnębienie; nie można przestać zastanawiać się nad tym, co właśnie się obejrzało. Powód? Nie jest to kolejna śmieszna historyjka jedynie prezentująca stereotypy rządzące światem, ale opowieść rozdrapująca je aż do bólu. Oczekiwany sytuacyjny żart wydaje się w filmie obecny, lecz, co istotne, wcale w nim nie dominuje. Jeśli spodziewaliście się kolejnej przezabawnej komedii, możecie poczuć się zaskoczeni jej skromnym udziałem.

Numer 42

O tym, że twórcy „Madame” celowo nawiązują do baśni, świadczy chociażby filmowy plakat, na którym znajduje się pantofelek stojący przed Marią na talerzu. Tyle że jest to odwołanie mające popularny motyw wykpić, o czym przekonuje rozmiar (nr 42) i tandetność noszonego przez służącą obuwia (Maria założyła na bal własne, a więc niemarkowe buty na obcasie). Próbę przezwyciężenia schematu widać również w samej bohaterce, która nie jest żadną pięknością, a jednak ma w sobie to coś przykuwającego uwagę, poza tym jest już dojrzałą kobietą i charakteryzuje ją latynoska charyzma (przy stole rzuca nieprzyzwoitymi dowcipami). Także książę wydaje się jakiś „inny” – mało przekonujący, a jego zamiary wobec Marii są właściwie nieprzeniknione.

Współczesny Kopciuszek jest superwoman, gdyż ma odwagę być sobą. Po obejrzeniu „Madame” przypomniał mi się jeden z ostatnich wniosków, jakie wyciągnęły i zawarły we wspólnej książce Tatiana Cichocka oraz Katarzyna Miller: „[…] na jak długo starczy jej sił i chęci, by dla niego kogoś takiego udawać? Nie warto, bo na pewno znajdzie się inny Książę, który będzie biegał po świecie, szukając panny, której pasuje pantofelek wybity ćwiekami w rozmiarze 42”.

Podsumowanie

„Madame” to film, który należy oglądać po kilka razy, aby w pełni go zrozumieć. Tym, co najbardziej może po seansie „dręczyć” widza, jest niejednoznaczne zakończenie całej historii. Nową produkcję warto też obejrzeć ze względu na ścieżkę dźwiękową, na którą składają się głównie nastrojowa francuska muzyka, a także hiszpański hit wszech czasów – „The Ketchup Song” („Asereje”) zespołu Las Ketchup. Na korzyść komediodramatu przemawia chyba jednak najbardziej fakt, że zapada on w pamięć i chce się do niego wracać.


W tekście wykorzystano: plakat oraz zdjęcie  z filmu „Madame” opublikowane na stronie imdb.com; cytat z książki Tatiany Cichockiej i Katarzyny Miller pt. „Bajki rozebrane” wydane przez Wydawnictwo W.A.B.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s